IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Restauracja "Holyfood"

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Ariael
Archanioł
avatar

Posts : 22
Join date : 01/05/2015

PisanieTemat: Re: Restauracja "Holyfood"   Nie Maj 10, 2015 12:46 am

Ariael nie potrafił określić swojego stanowiska nie tylko względem sytuacji mającej miejsce ledwie chwilę wcześniej, ale samego mężczyzny, którego zainteresowanie wciąż go przytłaczało. Nie był to nie wiadomo jaki problem, acz Lew Boży, nadzwyczaj kompetentny, czuł się znużony ciągłym odrywaniem od obowiązków na rzecz kilku zamienionych bezcelowo słów tylko po to, by po raz setny oznajmić, że nie jest zainteresowany randką. Randką, a co za tym idzie - relacją wykraczającą poza zwykłą znajomość, ewentualnie koleżeństwo, na której tamtemu najwidoczniej zależało. Pytanie brzmiało jednak: co sprawiało, iż Uriel nie odczuwał potrzeby umawiania się? Cóż, prawdopodobnie fakt, iż jako jeden z aniołów najwyższych rangą został "wyposażony" w miłość platoniczną. Przynajmniej teoretycznie. W praktyce sprawa miała się zupełnie inaczej, bo paradoksalnie to ze względu na niego nie był w stanie się zgodzić, choćby dla świętego spokoju. Nawet jeśli wiedział, że to, co było, już nie wróci. Może musiał sobie to po prostu uświadomić..?
Ale co z tego, skoro i tak był nieśmiertelnym aniołem, a ten tutaj - zwykłym śmiertelnikiem?
Przynajmniej z pozoru - pomyślał w odpowiedzi na własne wątpliwości, przypominając sobie dreszcz, który jego racjonalizm określał jednym z objawów posiadanych przez chłopaka mocy.
- I rozumiem, że odpoczywasz w ten sposób codziennie? W różnych godzinach? - Uniósł pytająco prawą brew, a kącik ust po tej samej stronie wykrzywił się w lekkim rozbawieniu. Pokręcił delikatnie głową. Buc i gbur, tak? Ciekawe, czy pije do mnie.
Słysząc jego następne słowa, chętnie zerwał się z krzesła i odchylił się do tyłu w celu szybkiego i skutecznego rozprostowania kości.
- Przyda mi się - odparł tylko, nie okazując żadnych - ani negatywnych, ani pozytywnych - emocji. Ostatnią wypowiedź mężczyzny skwitował milczeniem, rzucając przelotne, a zarazem ostatnie spojrzenie w kierunku miedzianych włosów i ruszając w kierunku przeciwnym, do kuchni. To, dlaczego Ariael nie pożegnał się w akompaniamencie równej rudzielcowi ironii, było chyba jasne - zwyczajnie nie potrafił się nią posługiwać. Ba, on jej nawet nie rozumiał.
Dosyć leniwie zajął się przyrządzaniem obu kaw, jak zwykle przykładając uwagę do każdego ziarenka z osobna. Był mistrzem parzenia tego napoju, gdyż sam smakował go z zapamiętałością równą Lucyferowi w pozyskiwaniu zgubionych dusz. Albinos wyznawał zasadę, że do każdego ziarenka należało dobrać indywidualną i dopasowaną do niego strategię, aby wydobyć to, co z niego najlepsze. Wszystko zależało od rodzaju, gatunku, ceny - diabeł tkwił w szczegółach, jak to mówili ludzie, i mieli rację; tylko wówczas otrzymuje się odpowiedni smak.
Prawda uniwersalna.
Kiedy skończył, ułożył dwie niewielkie filiżanki na tacę ze szklankami wody i wrócił do stolika, napotykając siedzącego już przy nim Benjamina. Postawił przed nim tacę, a sam usiadł naprzeciwko, omiatając wzrokiem jego pomiętą koszulę.
- Wcale nie lepiej. Wygląda strasznie - powiedział z poważnym wyrazem twarzy, z uwagi na co przez chwilę wyglądał niczym rasowy krytyk mody, z twarzą wykrzywioną dodatkowo grymasem zniesmaczenia. Choć, musiał przyznać, że poza tym mężczyzna prezentował się... no, całkiem nieźle.
Zmierzył się z rudowłosym spojrzeniem.
- Skoro musisz. - Nawet nie miał siły okazać zniecierpliwienia na fakt, iż mężczyzna znowu oświadczył swoją ponowną chęć przyjścia do restauracji. Z jego ust wydobyło się tylko ciche, ledwo dosłyszalne westchnięcie. - Tylko tym razem weź parasol. Znowu zabrudzisz podłogę.
Dodał, po czym wziął łyk wody, aby przepłukać - wedle zasad - kubki smakowe. Na końcu pociągnął z filiżanki dosyć spory łyk espresso. Odetchnął głęboko, niczym kot mrużąc z zadowoleniem oczy. Kawa. Jedna z niewielu rzeczy, która naprawdę udała się ludziom.
- Studiujesz w okolicy? - zapytał od niechcenia, z trudem tłumiąc kolejne ziewnięcie i nieświadomie krzyżując pod krzesłem kostki u nóg.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Piekielny Książe
avatar

Posts : 27
Join date : 01/05/2015

PisanieTemat: Re: Restauracja "Holyfood"   Nie Maj 10, 2015 10:50 pm

Belzebub – czy też Benjamin – bawił się znakomicie. Zabijał czas tymi wizytami w restauracji, bezcelową wymianą zdań i raczej mało subtelnymi próbami przekonania opornego Simona, jak to wspaniale byłoby gdzieś z nim wyjść. To była tylko rozrywka, nic więcej. Ale. By być sprawiedliwym należy dodać, że po tym dziwnym prądzie maszerującym po całym ciele, odwiedzanie tego miejsca stało się czymś, dzięki czemu miał rozwiązać tę zagadkę.
Bo niby dlaczego ze wszystkich żyjących istot właśnie ON? Przecież Władca Much przez swoje życie miał styczność z wieloma innymi – mężczyznami i kobietami – niemniej nawet najbardziej intymny dotyk nie mógł dorównać temu jednemu. A to były tylko dłonie. Dłonie. Przez może dwie sekundy.
- Zależy kiedy. Czasami nie mogę i wiem, że wówczas drobne kawałki twojej duszy i twego serca umierają. Jeden na każdą sekundę beze mnie – oznajmił zbolałym tonem i przyłożył sobie dłoń do piersi. Westchnął teatralnie. Przedstawienie, prawda?
Wrócił. Stawiał kroki jak pan i władca tego świata, gdy powoli i majestatycznie przemierzał salę, by ponownie usiąść na dawnym miejscu. Ale, no cóż, tym razem jego ubiór nie powalał. Wymięta i wciąż z lekka wilgotna koszula już nie układała się na jego torsie tak dobrze, jak w chwili wyjścia z domu przed deszczem, lecz wisiała niczym mało kształtny worek. Ale mogło być gorzej. Teoretycznie.
Nabrał powietrze do płuc i wypuścił je w postaci westchnięcia. Lecz, w tym jednym wypadku, było szczere. Belzebub w końcu szczycił się nienagannym ubiorem i ta część jego duszy, która była odpowiedzialna za estetykę, właśnie łkała z rozpaczy. Musiała po prostu.
- Wiem – stwierdził, przyglądając się tacy z zainteresowaniem. Jakby ktoś postawił przed nim przynajmniej arcydzieło. - Przynajmniej nie jest mokre. To plus.
I sięgnął po szklankę wody, ale tym razem cały czas przyglądał się ponownie Simonowi. Wypada poświęcać rozmówcy całą swoją uwagę, zwłaszcza gdy jego widok zwyczajnie cieszy oczy. I nie opuszczał spojrzenia. Tak po prostu.
Uśmiechnął się i powoli pokręcił głową.
- „Skoro musisz” - powtórzył, naśladując ten beznamiętny ton. - Jesteś zimny jak ryba – skwitował w końcu. W jego mniemaniu było to trafne. Ba, lepsze nawet. Belzebub uwielbiał ryby. Przynajmniej w formie posiłku. Ich smak czy wygląd. Często miewał na nie ochotę.
Ujął filiżankę w dłoń.
- Pracuję. Jestem starszy, niż wyglądam –
odpowiedział i wzruszył ramionami, unosząc kawę do ust. Nie wdawał się w szczegóły swojej pracy i jakoś wątpił, by Simon wdawał się w szczegóły. Starszy... o wiele starszy... Upił łyk napoju i przymknął oczy. Kawa. Wyśmienita kawa. Mógł ją bez wyrzutów sumienia porównać do tych, które pijał na wschodzie u prawdziwych mistrzów tej sztuce. Nabrał ochoty, aby pewnego dnia pojawić się tutaj w swojej prawdziwej skórze. Skórze Belzebuba, Władcy Much. Ociekającego cudownością, dostojnym, dumnym. Prawdziwym.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł
avatar

Posts : 22
Join date : 01/05/2015

PisanieTemat: Re: Restauracja "Holyfood"   Pon Cze 29, 2015 11:48 pm

Ariael uniósł wysoko brwi, a na jego twarzy niemal natychmiast pojawił się cień niezrozumienia. Jednak tym razem Ariael wykazał się o wiele większym wyczuciem, choć dojście do zamaskowanej boleścią ironii zajęło mu jakąś minutę. Minutę, która w rzeczywistości była niczym więcej, jak tylko milczeniem naznaczonym wielkim znakiem zapytania.
- Mam się całkiem dobrze, Benjaminie, a ty... wysoko się cenisz. Za wysoko. - Mimo swoich słów, których chłód wzmacniał dodatkowo obojętny tembr głosu, na twarzy Ariaela pojawił się lekki uśmieszek w postaci rozbawienia. Zagarnął jasne włosy za uszy, spoglądając z dziwnym wyrazem twarzy na swego towarzysza. W jego oczach lśniło kiepsko maskowane zadowolenie - po raz pierwszy od dawna rozpoznał ukryty między wierszami żart. Chcąc nie chcąc, w podobnych momentach jego wrodzona powaga i wewnętrzna równowaga stanowiły nie lada przeszkodę w komunikacji międzyludzkiej.
Westchnął ciężko, kiedy mężczyzna opuścił stolik, po czym spojrzał na swoje długie i niewątpliwie zwinne palce, które wybijały na blacie ciche, zniecierpliwione staccato. Bladoniebieskie tęczówki odruchowo pomknęły w kierunku zegara, z miejsca odczytując układ ich wskazówek. Siedział z mężczyzną już dziesięć minut, a ich rozmowa nie posunęła się ani trochę naprzód. Prychnął cicho, a wtedy niechciany gość pojawił się z powrotem. Rzucił na niego okiem.
Więcej komentarzy nie było trzeba; brwi albinosa zetknęły się ze sobą po środku czoła w estetycznym niesmaku.
- Trzeba było tu nie przyłazić, widząc chmury, ot. Albo sprawdzić prognozę pogody. To naturalne, ludzkie zachowanie - wypalił, kiedy nie zdążył ugryźć się w język. Cholera - pomyślał, zachowując kamienną twarz i ze skupieniem śledząc reakcję mężczyzny. Jedynym odruchem, który zdradzał lekkie zdenerwowanie z powodu wypowiedzianych słów, było zaciśnięcie warg. Miał nadzieję, że mężczyzna nie uzna jego komentarza za dziwny. W końcu... Ludziom też wymykają się tego typu teksty, prawda?
W końcu odetchnął głęboko i rozluźnił żuchwę, bez zastanowienia kładąc nogę na nogę. Unosząc kubek do ust, spojrzał na swego rozmówcę z świadomością, iż że tamten go obserwuje. Kiedy jego uszu doszły kolejne słowa, miał wrażenie, że jego usta eksplodują, a kawa wytryśnie niekontrolowanie wprost na tę wyszczerzoną głupkowato twarz. Spokojnie, Arielu. Policz do trzech. Dzięki wewnętrznej motywacji anielski sługa pozwolił kawie przepłynąć spokojnie przez przełyk do żołądka, nawet jeśli oczy, które zwrócił ku Benjaminowi, błyszczały mieszaniną zdziwienia, zainteresowania i pogardy zarazem.
- Ryby to, zdaje się, głupie stworzenia, ale wiesz co? Cenię je za swoją indywidualność. Ławice występują tylko w niektórych przypadkach. Z kolei Ty... - W jego źrenicach pojawiła się iskierka zaciekawienia, kiedy za pomocą opartej o stolik ręki wstał nieśpiesznie, po czym przybliżył wykrzywioną w szczerym zastanowieniu twarz do oczu rudzielca w odległości zaledwie kilku centymetrów. - Przypominasz szczeniaka. Natrętnego w swym żądaniu bezustannego zainteresowania względem jednej osoby, a mimo to nieszkodliwego. Ktoś, kto lubi psy, mógłby uważać Cię za uroczego, jednak...
Opadł na krzesło, przechylając lekko głowę w ni to mechanicznym, ni to zadziornym geście.
- Nie sądzę, że ryba i szczeniak to dobre połączenie. Ryba jest ściśle związana z wodą, a psy, jak widać, śmierdzą, gdy są mokre.
Spojrzał na mężczyznę z tak obojętnym i zarazem wymownym wyrazem twarzy, że ktoś mógł go oskarżyć o wybitną zdolność ironizowania. Bardzo by się jednak pomylił, gdyż słowa Ariaela były w dużej mierze oparte na prawdziwych, funkcjonujących w jego głowie jako fakty wnioskach.
Skupił wzrok z powrotem na filiżance, którą odstawił z niemal nabożną czcią. Jego postawa z powrotem stała się na poły obojętna, na poły pobłażliwa, choć wiek rudowłosego wywołał w nim niemałe zaskoczenie. Pracujący? Tego by nie powiedział.
- O proszę. Jako kto? Musisz mieć dużo pieniędzy, skoro paradujesz na poranno-wieczorną kawę kilka razy w tygodniu - stwierdził, rozglądając się bez zainteresowania na boki. Znowu dopadła go fala zmęczenia, a cienie pod oczami stały się w jego mniemaniu niemal namacalne, ciążąc na policzkach i zasysając jego chęci do życia i tym samym przybierając na sinym kolorze.
Kiedy rozmowa dobiegnie końca?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Piekielny Książe
avatar

Posts : 27
Join date : 01/05/2015

PisanieTemat: Re: Restauracja "Holyfood"   Wto Cze 30, 2015 12:32 am

Czekał. Bardzo uprzejmie, chociaż nie do końca wiedział, na co. Simon zamierzał mu w ogóle odpowiedzieć? Patrząc na jego twarz i to niezrozumienie, Belzebub mógł śmiało założyć, że ten właśnie analizuje jego wypowiedź i próbuje ją zrozumieć. Hm. Nie wiedział, że to tylko mało szkodliwy żart? Krótka wypowiedź nafaszerowana ironią w tak wielkim stopniu, iż dziwnym było to, że się nie wylewała?
Cóż, wnioskując po jego odpowiedzi – załapał żart. Po dobrej minucie, ale jednak! Ktoś tu chyba naprawdę nie ma poczucia humoru…
- Jestem bezcenny, Simon, bezcenny, pamiętaj –
westchnął ciężko z udawanym zmęczeniem.
Ale. Podobał mu się ten uśmieszek. Może nie z racji uśmiechu samego w sobie, ale pewnie chodziło bardziej o… odmienny wyraz twarzy. Nie ten przenikliwy chłód, nie irytacja. Coś, co przy dobrych wiatrach można by naprawdę uznać za rozbawienie.
Prawdę mówiąc, Belzebub oczekiwał nieco szybszych efektów. Był tutaj JUŻ trzeci raz i dalej nic? Fakt faktem, może i nie to ciało nie było tak atrakcyjne jak jego prawdziwe, niemniej to nie zmieniało wiele. Na ludzkie standardy był przystojny. Już nie wspominając o aurze uroku osobistego! Oślepiała. Raziła, przyciągała wzrok i nie pozwalała normalnym istotom na odwrócenie go choćby na krótki moment. O co chodziło? Czemu Simon nie reagował na niego tak, jak powinien?
- Jestem… mało ludzki – rzucił lekko, jakby od niechcenia. – I nie mogłem oprzeć się pokusie, przecież tak natarczywie rozbierasz mnie wzrokiem. – Oczywiście, że musiał dorzucić taki komentarz, albo choćby brzmiący podobnie. Niemniej nie zrobił tego celowo, by odwrócić uwagę od pierwszego stwierdzenia. Właściwie było całkiem odwrotnie, ludzie – i nieludzie również – miewają bardzo zabawna cechę, która nakazywała im dowiadywać się o rzeczach, o których bliźni nie ma chęci rozmawiać. Nawet jeśli tylko bardzo zręcznie udaje, że tak jest.
Zaśmiał się, widząc następny wyraz, który pojawił się na twarzy rozmówcy. Na tyle głośno, że bardzo nieliczna klientela zerknęła w ich kierunku ze zdumieniem.
- Chodziło mi o chłód, jesteś śliski, Simon, patrzysz na mnie zimnymi oczami martwego pstrąga i wiesz co? – zatrzymał się na moment, aby nadać następnym słowom odpowiedni wydźwięk i efekt. – Podoba mi się to. I nie rozumiem, czemu tak jest, właściwie nawet nie jesteś w moim typie. – Przyglądał się twarzy albinosa, gdy się zbliżył. Był blisko. A z takiej odległości widać było, jak nieskazitelna jest jego skóra. Niemalże… anielska. Bez zastanowienia przyłożył do jego ust wskazujący palec. – Niektóre psy lubią ryby. Chyba do nich należę.
Parsknął jedynie.
- Ryby też śmierdzą, gdy wyjmie się je z wody. Czyli coś nas już łączy.

I znów spotkał się z tym spojrzeniem. Oko martwego węgorza. Zimne jak góra lodowa, Belzebub chyba nagle odkrył, o co uderzył Titanic. Na pewno o ten wzrok! Simon musiał zerkać przez lunetę akurat w tamtym kierunku i ot, wyrosła tam wspaniała góra lodowa. Benjamin aż przestał skupiać się na kawie i jakby o niej zapomniał, odstawił filiżankę na bok i oparł łokieć o stół, by samą dłoń podłożyć pod swoją brodę.
I on, w przeciwieństwie do tego upartego węgorza, cały czas przyglądał się swojemu rozmówcy. I wciąż nie widział pożądanego efektu. Czemu go nie widział? Dlaczego nie działał? On sam? Co było nie tak? Co zepsuł? Przecież wszystko szło całkiem gładko. Powinno. Incydent podczas pierwszego spotkania już powinien pójść w niepamięć. Przy drugim spotkaniu! A co tu mówić o trzecim?
- Dobra płaca, indywidualny grafik, jeśli mogę tak to nazwać –
odparł od niechcenia. Wyczuwał ten brak zainteresowania rozmową i na swój sposób drażniło go to niemiłosiernie. Powinien być w centrum uwagi i już. Zawsze, do licha! Demon z miejsca nabrał ochoty, aby wyjść, lecz wcale nie dlatego, że miał dosyć. A skąd.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł
avatar

Posts : 22
Join date : 01/05/2015

PisanieTemat: Re: Restauracja "Holyfood"   Wto Cze 30, 2015 1:46 am

Ów brak zrozumienia jakichkolwiek żartów czy sarkazmu był niemal synonimem archanioła; cechą, którą nosił w sobie od zawsze jako rezultat nadmiernej równowagi psychicznej. Pamiętał jednak, że za czasów świetności Królestwa Niebieskiego tylko jednej osobie udało się przezwyciężyć tę barierę i doprowadzić go do śmiechu przez łzy. Osobie, której za wszelką cenę nie chciał wspominać, a jednak...
Zacisnął w pięść tę dłoń, która była niewidoczna dla oczu mężczyzny. Jak długo będzie jeszcze rozpamiętywać te niefortunne zdarzenia, które odcisnęły na nim trwałe piętno?
Ariael spojrzał na Benjamina tak, jakby widział go po raz pierwszy i nie do końca wiedział, o czym rozmawiali zaledwie chwilę przedtem. W końcu jednak w jego oczach pojawiła się ta nieobecna przez kilka sekund świadomość czasu i przestrzeni wraz z odpowiedzią na usłyszane słowa w głowie.
- Zastanawiam się, czy naprawdę jesteś aż tak pewny siebie, czy tylko udajesz - odparł, wzdychając ciężko i opierając policzek o nadgarstek.
Zmęczenie, które ukazał rozmówca, przykuło uwagę Lwa Bożego na krótko, jednak przypomniało mu o jego własnym. Owe wypranie z powierzchownych uczuć, obojętność, a zarazem wrażliwość i empatia. Antonimy, które w przypadku Ariaela nie mogły funkcjonować oddzielnie. Dlaczego taki był?
To tak, jakby zapytać Słońce, dlaczego świeci, a idiotę, dlaczego jego IQ jest równe krzesłu.
- Rozbieram? - powtórzył ze zdziwieniem, wbrew pozorom skupiając się na drugiej części wypowiedzi. Zmrużył powieki jakby w próbie przejrzenia prawdziwych zamiarów towarzysza i sensu tychże słów, lecz wkrótce poddał się, przywołując w pamięci swój wysiłek sprzed paru minut. Machnął w końcu dłonią ledwo zauważalnie, a jednak wystarczająco, by odebrać to za gest mówiący "poddaję się". - Wobec tego ja również. Nie czuję pożądania.
Rzucił, właściwie nie wiedzieć czemu dzieląc się tym faktem z rozmówcą, którego zainteresowania chciał się przecież pozbyć. Był to jednak niezaprzeczalny fakt. Właśnie dlatego, a nie z powodów wcześniejszych niesnasek, nie potrafił okazać mężczyźnie satysfakcjonującej uwagi. Głęboka, zadana bezowocnym uczuciem rana w jego sercu nie potrafiła się zagoić, a on nieświadomie, w ostatnim odruchu obronnym znieczulił całkowicie promieniujące bólem miejsce, coby uchronić się przed dodatkowym cierpieniem,. Gdyby nie to, prawdopodobnie umówił się z rudzielcem na randkę już wieki temu. Ba, być może byłby skory spróbować nawet teraz, lecz nie widział sensu w robieniu bezsensownej nadziei przypadkowo napotkanej jednostce.
Zamrugał kilkakrotnie w niemałym zdziwieniu, gdyż następne słowa mężczyzny po raz kolejny uświadomiły mu, czym się kieruje. I, co więcej, nic nie zanosiło się na to, by tamten zamierzał porzucić wyznaczony cel. Białowłosy milczał chwilę, pozwalając wpłynąć swobodnie na swoją twarz intensywnemu skupieniu, mimo że słowa rudowłosego zostały najpewniej wypowiedziane pół żartem, pół serio i nie należało ich roztrząsać.
- Podzielę się z Tobą pewną ciekawostką na temat ryb. Otóż, słyszałeś może, że mimo oczu emanujących obojętnością i łusek chroniącym to, co najważniejsze, te zwierzęta odczuwają ból nawet silniej niż lądowe? Unerwienie najpierw na skórze - wskazał palcem na wyraźnie zaznaczone pod skórą żyły na swoich dłoniach, następnie przesuwając nim wzdłuż lewego ramienia do piersi - sprawia, że odczuwają ból fizyczny, co później przeradza się nawet w psychiczną agonię. Dłuższą niż u ssaków.
Uniósł spojrzenie naznaczone latami samotności, bólu i inteligencji, którą wcześniej maskował, a teraz ni stąd, ni zowąd, ukazał ją komuś de facto obcemu. Pod wpływem impulsu, chęci ukazania tego, co dusił pod swoją skorupą - łuskami, tego, co doprowadziło do wewnętrznej szkody. Jednak uczucia, które ujrzały światło dzienne w głębi jego oczu i kącikach ust, lada chwila zniknęły, zostawiając jedynie niedopowiedzenia i posmak goryczy.
- Rybom trzy razy dłużej niż zwykłym zwierzętom zajmuje dojście do naturalnego stanu. Powinieneś to wiedzieć, jeśli nadal chcesz wejść z nią w jakąkolwiek interakcję.
A wtedy mężczyzna położył palec na jego ustach, przez co Ariael znieruchomiał znienacka, wypuszczając spomiędzy warg urwane wpół westchnięcie. Po raz kolejny na jego ramionach wystąpiła gęsia skórka, a serce zabiło mimowolnie szybciej, niczym pod wpływem niewielkiego wyładowania elektrycznego. Co, u licha..?
Odsunął się tak szybko, jak mógł, zakrywając prawdziwe oblicze woalem beznamiętności.
- Dobra praca - odparł tylko cicho, kątem oka dostrzegając ułożone na swoich kolanach, drżące dłonie. Gdzieś w trzewiach zakołatał jego odwieczny wróg, wywołując delikatny szum rozwodzący się po uszach.
Zapomniał, że zmęczenie sprzyja ciemności.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Piekielny Książe
avatar

Posts : 27
Join date : 01/05/2015

PisanieTemat: Re: Restauracja "Holyfood"   Wto Cze 30, 2015 2:25 am

- Jestem. Pewność siebie to moje drugie imię – oznajmił wciąż tym samym niemalże cuchnącym arogancją tonem. Zresztą, nie mógł się wahać, mieć wątpliwości. Nie w Piekle. Przecież zostałby w przeciwnym wypadku pożarty żywcem, ta cholerna machina wchłonęłaby jego osobowość, jego jestestwo i stałby się… niczym. Po prostu kolejnym z bezrozumnych pachołków Lucyfera. A kto by chciał tak skończyć? I tak już miał znacząco pod górę przez wzgląd na to, że nie pamiętał czasów Nieba. I nikt, absolutnie nikt, nie chciał łaskawie mu ich przypomnieć. Z drugiej strony, sam Belzebub nie wygrzebywał tych informacji nawet z umysłów swoich „braci”. Chyba podświadomie nie chciał rozdrapywać starych ran, ani cudzych, ani swoich własnych. Skoro nie pamiętał, to musiało mieć to jakiś cel. Prawda?
- A nie? –
ponownie ten sam lekki i kompletnie niezobowiązujący ton. – Najwyraźniej nie miałeś do kogo – parsknął tylko demon, patrząc nieco podejrzliwie na Simona. Z dziwnych przyczyn zajeżdżało mu to nie tyle co zwyczajnym aseksualizmem, co aniołem. Aniołowie przecież – przynajmniej niektórzy – miewali takie chory jazdy. Niemniej nawet to go nie odstraszało! Przecież nie chodziło w tym wszystkim o seks. Cóż, przynajmniej nie tylko. Zdobywanie kogoś z reguły odbywało się na wielu płaszczyznach, nie tylko tych fizycznych.
Słuchał. Uważnie i z poważną miną, która nie do końca pasowała do tej twarzy. Teraz te zimne oczy nabrały wyrazu. Po raz pierwszy było to coś innego niż irytacja czy ta chłodna obojętność. Samotność, ból… i wiekowość. Belzebub nie był głupi, doskonale to wszystko zobaczył i odczytał. Przy okazji nabrał pewności, że nie ma do czynienia ze zwykłym śmiertelnikiem. Te jasne oczy widziały wiele, ich właściciel przeszedł dużo. A ktoś zranił go o jeden raz za dużo, by teraz potrafił otworzyć się na kogoś innego.
- Każdy ból mija, rybko –
powiedział niemalże szeptem, nim podniósł się ze swojego miejsca. Prąd wciąż rozchodził się po jego palcu do reszty dłoni, by stamtąd iść dalej, głębiej. – Nawet największa gorycz, najcięższa strata, każda zdrada... nie ciebie jednego coś boli wewnątrz – Tak bardzo chciał wejść do środka jego umysłu! Zobaczyć, co się stało. Kto mu to zrobił. I dlaczego. I przy tym wszystkim kierował się czystym egoizmem. Dlatego musiał wyjść. Nie lubił grzebać w cudzych umysłach, to mieszało w głowie. A nie chciał nosić jeszcze cudzego bagażu doświadczeń. – Dzięki za ręcznik, Simon – wstał i zarzucił mokry ręcznik na ramię. Uśmiechnął się lekko i beztrosko. Jak dziecko. – Wpadnę za parę dni, mam trochę roboty. A ty zastanów się, czy wyzdrowiejesz. Psy mają pewną zaletę, są wierne, wiesz? – Gładkim ruchem dłoni wyciągnął jeszcze z kieszeni zapłatę za kawę i położył ją tuż obok filiżanki.
I wyszedł. Lekko i spokojnie, jakby wcale nie dźwigał na swoim karku mileniów przeżytych lat.



I wrócił. Właściwie wcale nie tak, jak zapowiadał. Bo nie minęło kilka dni. Z drugiej strony… to Benjamin mówił, że ma dużo roboty. Nie Belzebub. Bo właśnie on pojawił się na progu, nie ryży i piegowaty natarczywy jegomość.
Wielki Książę Belzebub we własnej osobie. Oczywiście, w cudownym garniturze! Poważny, dostojny, chociaż i tak gdzieś w kącie oka czaił się ten dobrze znany całemu światu łobuzerski błysk. Nie zamierzał przychodzić tutaj tego dnia, po prostu tak jakoś wyszło. Tym razem naprawdę przypadkiem był w okolicy! A skoro już tam trafił… to czemu by nie spróbować jednej kompletnie nieszkodliwej rzeczy? To był tylko drobny test. Mało znaczący, średnio ciekawy! Pewnie jego wynik interesował dokładnie jedną osobą – jego, tylko jego.
Było około szóstej wieczorem, kiedy wszedł do środka. Mimo wszystko naprawdę miał ochotę na dobrą kawę. I był zmęczony. Biegał niczym piesek na posyłki, byleby dogodzić wiecznie niezadowolonemu Lucyferowi i co mu z tego przychodziło? Nic. Cóż poradzisz?
Ruszył w stronę jednego ze stolików usadzonego na uboczu i w drodze poluzował purpurowy krawat, a zaraz po tym rozpiął dwa górne guziki koszuli. Skinął jeszcze głową kelnerowi z uprzejmym uśmiechem. Ale to nie był jego Simon. Gdzie był?
Położył czarny neseser na jednym z krzeseł, marynarkę powiesił na oparciu, a sam usiadł w ten sposób, aby widzieć ladę i to, co się za nią dzieje.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł
avatar

Posts : 22
Join date : 01/05/2015

PisanieTemat: Re: Restauracja "Holyfood"   Pią Lip 03, 2015 12:55 am

Komentarza na temat pewności siebie Ariael udał, że nie słyszy, spoglądając ze skupieniem godnym trudnej do rozwiązania zagadki na swoje równo przycięte paznokcie. Westchnął jedynie i spojrzał na mężczyznę, starając się ominąć wzrokiem płomienne włosy i piegi. Szczególnie piegi, przed których dotknięciem musiał się wzbraniać.
Nagła potrzeba dotyku to jedno, beznamiętność w celu jej zamaskowania to drugie, a próba zrozumienia, dlaczego ujawniło się w sposób niedosłowny ważne fakty na temat swojej osobowości to jeszcze co innego. Ariael naprawdę nie potrafił rozgryźć niektórych swoich poczynań; w końcu nie trzeba było się rozwodzić nad przyczynami takiej a nie innej cechy czy zachowania, wystarczyło samo stwierdzenie. O ile kwestia braku pożądania mogła mężczyznę w mniemaniu albinosa zainteresować, o tyle zdarzenia, które do niego doprowadziły, już niekoniecznie. Tym bardziej, że teraz sam poczuł się przez swoją bezmyślność niemal obnażony. Na dodatek ten komentarz... Po raz pierwszy od dawna Anioł zechciał zapaść się pod ziemię. Może lepiej nie, jeszcze spotkałbym go i... Cholera. Przestań. Blada dłoń, nie mniej bledsza niż twarz, powędrowała w kierunku czoła ni to w celu jego otarcia, ni to zakrycia lekko lśniących tęczówek. Kimkolwiek teraz był - Simonem, Lwem Bożym - nie miało to znaczenia. Siedział naprzeciw zupełnie obcej osoby, wyżalając jej się ze swoich niepowodzeń, na domiar złego miłosnych. W oczach Benajmina musiał wypaść żałośnie.
Lecz kogo to obchodziło?
Opuścił dłoń.
Ból. Nawet jeśli starał się zapomnieć, co czuł, i znów podczas tej rozmowy nie przywoływać personalnych tematów, trudno mu było w trybie natychmiastowym odrzucić od siebie wcześniejsze rozgoryczenie. Świadomość swojej straty stawiała go w jeszcze gorszym położeniu, bowiem nie potrafił drogą chłodnego obiektywizmu nakreślić sobie punktu widzenia w stylu: "będzie dobrze, przecież znajdziesz sobie kogoś innego". Nie funkcjonowało to w ten sposób, a przynajmniej nie w tym konkretnym przypadku.
Blade tęczówki, nieco już wygasłe, uniosły się ponownie na mężczyznę. Jego słowa dziwnym trafem przebiły się przez skorupę anioła i dotarły do wnętrza, choć nie niosły za sobą bezpośredniego wsparcia czy pocieszenia. Nie oddawały też brutalności rzeczywistości, w której się znajdywał i od której do tej pory nie uciekł. Nie tylko Ciebie coś boli wewnątrz. To zdanie dało mu pewne poczucie zjednoczenia, niczego więcej. Nie jesteś sam.
Bóg wie, co zmusiło go do tego ledwo widocznego uśmiechu, który jednak z całą pewnością pojawił się na jego wargach. Mimo że słuchał uważnie, zachowując każde słowo, odpowiedział dopiero na koniec.
- Odwiedź mnie jeszcze kiedyś - powiedział nieprzeniknionym głosem, odprowadzając mężczyznę wzrokiem. Chwilę później sam wstał i, nie widząc sensu w bezsensownym zaciskaniu palców na krańcach blatu i wpatrywaniu się w pustą przestrzeń przed sobą, wrócił do pracy.

Sam białowłosy nie zdawał sobie sprawy, jak wielką ulgę przyniesie mu chwilowy odpoczynek od pracy. Nawet jeśli kierownictwo restauracją wprawiało go w zazwyczaj wesoły nastrój oznaczający napływ motywacji i potrzeby zaangażowania się, nadmiar obowiązków ostatnich tygodni przyczynił się do spadku jego wydajności i chronicznego zmęczenia. Chcąc nie chcąc, musiał wziąć kilka dni wolnego, tym bardziej, że ból jego głowy stopniowo narastał, stwarzając zagrożenie utraty kontroli na linii światło-ciemność. Dawno już tego nie doświadczył.
Odetchnął głęboko, spoglądając na wyjątkowo bezchmurne niebo. Zapewne to z powodu zmiany pogody i tym samym poprawy samopoczucia postanowił zajść do swojej restauracji jako klient i sprawdzić, jak się weń sprawy mają. Nie, żeby nie ufał swoim pracownikom, bo miał wśród nich swojego zastępcę, ale był ciekaw ich efektywności i konsekwencji w stosunku do wytyczonych zasad.
Wszedł do Holyfood jako Ariael, pozwalając białym, nieco przydługim puklom opaść na czoło, a swojej nienaturalnie mlecznobiałej skórze pozwolić zostać tak nieskazitelną, jak ją otrzymał w naturze. Jego ubiór nie różnił się zbytnio od tego, który zakładał jako Simon, ale tym razem zdecydował się na bardziej elegancką wersję - białą koszulę z chińskim haftem na mankietach, czarne spodnie, szare angielki i równie chmurny prochowiec. Nie uważał, żeby ktoś był w stanie go poznać, i sam również nie zamierzał do tego doprowadzić. Postanowił zabawić w lokalu jako klient.
Coś go jednak zatrzymało.
W momencie, kiedy przesunął tęczówkami po pomieszczeniu, znieruchomiał. Miał wrażenie, jakby nie tylko jego kończyny odmówiły posłuszeństwa, ale także umysł i serce wszczęły bunt i przestały pracować. Patrzył na osobę, która przyczyniła się do rozpadu jego emocjonalnej stabilności. Osoby, która swojego czasu była dla niego wszystkim. Czekająca na kogoś; uciekająca wzrokiem w bok i nie patrząca w jego stronę. A jednak poznał ten uniesiony kącik ust z profilu i lśniące włosy barwy onyksu, które uwielbiał.
Wziął głęboki, ciężki wdech, tak jakby stanowił dla jego płuc zło konieczne, po czym odsunął się bezwiednie o kilka kroków w tył. Potem, wiedziony impulsem, szybkim, acz chwiejnym krokiem doszedł do stolika i wyciągnął bladą dłoń, którą chwycił ramię mężczyzny.
- Belzebub - powiedział tylko cicho, brzmiącym obco we własnych uszach głosem, oczekując na reakcję z pustym, ale bolesnym spojrzeniem utkwionym w demonie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Piekielny Książe
avatar

Posts : 27
Join date : 01/05/2015

PisanieTemat: Re: Restauracja "Holyfood"   Pią Lip 03, 2015 1:22 am

Usłyszał. Odwiedź mnie jeszcze kiedyś. Powoli odwrócił głowę, odrobinę, jedynie na tyle, by móc spojrzeć na Simona zdecydowanie po raz ostatni tego dnia. Uniósł ledwo kącik ust i to miała być niema i swoista obietnica. Że przyjdzie. Wpadnie jeszcze – przynajmniej raz! – żeby sprawdzić, czy Simon zmieni zdanie.
Niemniej Benjamin był pewien, że tak, jeszcze zanim jego noga znalazła się za progiem.



Czekał. Jeden z kelnerów – demon nawet nie wiedział, jak się nazywa, zwyczajnie nie interesowała go ta kwestia – przyniósł mu kartę. Ba, Belzebub nawet zamówił kawę i kawałek jakiegoś ciasta, niemniej nic się nie działo. Mógł do zwyczajnej i usranej śmierci siedzieć na tym krzesełku, a Simona jak nie było, tak nie było wciąż, i wciąż, i wciąż. Gdzie się podziewał?
Zwykle nie lubił rozglądać się tak jawnie, gdy kogoś szukał, lecz teraz… to było coś innego! Mógł udawać zaciekawienie wnętrzem restauracji, bo przecież nigdy wcześniej tam nie był, tak? A przynajmniej tak wyglądało to w teorii, bo sam Wielki Książę Belzebub w tym miejscu nie przebywał do tej pory. Benjamin Sante to zupełnie ktoś inny, ktoś z zewnątrz! Jedyne co mogło łączyć go z jednym ze sług Lucyfera, to umysł! I ciało. Lecz wciąż stanowił wyodrębnioną część Władcy Much, jakby kolejną jaźnią, którą bez trudu kontrolował. Mniejsza z tym.
Rozglądał się. Pochmurnym wzorkiem omiatał salę, czasami zatrzymując się na sekundę w jednym miejscu. A i tak jego wzrok uciekał na ladę, chociaż zaczynał zwyczajnie i po ludzku tracić nadzieję. Nie przeprowadzi dzisiaj swojego testu, Simona po prostu nie ma w pracy. Czemu – no czemu?! – ze wszystkich dni tygodnia właśnie tego konkretnego musiał nie przyjść? Upierdliwe… przecież przez to będzie musiał albo przyjść tutaj raz jeszcze, albo spróbować skoczyć na głęboką wodę i wpaść od razu jako Benjamin. A najpierw chciał wszystko wybadać, dowiedzieć się czegoś nowego… plany pokrzyżowane, poszły w cholerę i do diabła. Cholera.
Powoli unosił filiżankę od ust, gdy cudza dłoń zacisnęła się na jego ramieniu. Belzebub. Znał ten głos, tyle musiał przyznać! Bardzo spokojnie, jak gdyby nic się nie stało, najpierw odstawił naczynie z powrotem na spodek. Odchrząknął taktownie i odwrócił głowę przez ramię.
- Jeśli chciałeś się przywitać, mogłeś podejść od przodu i usiąść, wiesz? –
rzucił lekko. Ariael. Dlaczego był właśnie w tym miejscu? Belzebub uśmiechnął się ujmująco, niczym uosobienie niewinności i szczerości, chociaż wściekle czerwone tęczówki, z którymi nawet się nie ukrywał, idealnie temu zaprzeczały. – I, nie martw, ludzkość jest bezpieczna, tylko piję kawę. I zagryzam ją szarlotką – dodał konspiracyjnym szeptem, bardzo poważnie, jak gdyby własnie zdradzał aniołowi wielką tajemnicę. Jak powinien się zachować? Swobodnie, bardziej oficjalnie, z rezerwą? Nigdy nie był pewien! Przynajmniej nie w towarzystwie starszych aniołów, które znały go sprzed czasów Upadku. Nie miał pojęcia, jakie łączyły go z nimi relacje, przecież nie grzebał swoim braciom w głowach, byleby dotrzeć do takich informacji. Ale Ariel… z nim sprawa była całkiem skomplikowana, jedynie tyle mógł powiedzieć. Był pewien jedynie tego, że Lew Boży należał do jego przyjaciół, tych bliższych i… i tyle. Bo nikt nie raczył łaskawie odpowiedzieć na pytania, nikt nie chciał o tym mówić. Gorycz zbyt duża? Westchnął w duchu. – Może usiądziesz, hm? Ariel? – znów ten sam kompletnie beztroski ton. I dalej się uśmiechał, ujmująco i uprzejmie. Lubił aniołów. Lubił cudze towarzystwo, a skoro nie było tutaj i tak Simona, to czemu miałby nie uciąć sobie pogawędki ze starym znajomym? I to bez względu na to, jak nawiedzony i dziwny by nie był?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł
avatar

Posts : 22
Join date : 01/05/2015

PisanieTemat: Re: Restauracja "Holyfood"   Pią Lip 03, 2015 2:08 am

Wystarczyło jedno spojrzenie wgłąb tych czerwonych, zdawałoby się, że namalowanych tęczówek, aby potwierdzić prawdziwość tych wszystkich plotek, jakoby demon niegdyś szanowany w Kręgach Niebieskich jako anioł utracił wszystkie wspomnienia. Po równie rozpaczliwej, co bezowocnej próbie odszukania w tych czerwonych oczach czegoś, co mogłoby oznaczać pamięć o tamtych czasach - pięknych, beztroskich i spędzonych ramię w ramię - czekało go poczucie dotkliwej porażki. Po ogarniających kolejno serce niedowierzaniu i rozczarowaniu świadomość swego jeszcze bardziej beznadziejnego położenia aniżeli wcześniej sprawiła, że wyraz twarzy i oczu Ariaela zmienił się nie do poznania. Dotychczas z pozoru puste i szkliste, a w rzeczywistości pełne boleści oczy okryła mgła zobojętnienia. Pełna spokoju i równowagi maska również zataiła wijące się z rozpaczy prawdziwe oblicze Ariela. Zaskakujące, jak ludzka była postawa anioła, któremu odebrano ostatnią nadzieję. Na powrót do normalności, do dawnej więzi, wspomnień - wszystkiego.
- Tsk - prychnął jedynie po chwili, odwracając czym prędzej tęczówki, co - nie znając prawdziwych uczuć Ariela - niewątpliwie mogło zwiastować pogardę. Odgarniając włosy za ucho lekko drżącą po ostatnim wstrząsie dłonią, usiadł z impetem na krześle. Sam był zdziwiony, jak łatwo przyszło mu udawanie, że jest kimś innym - odległy Archanioł, który niefortunnie napotkał w świecie ludzi swego naturalnego wroga, jednak o statusie zbyt wysokim, by móc przeprowadzać nieuzasadnione potyczki.
Pomimo pozornej gotowości, odezwał się dopiero po chwili milczenia, zyskując pewność, że jego głos nie załamie się w decydującym momencie.
- Nie wiem, czy gorszy jest mój brak manier w tym momencie, czy raczej Twoja nieuwaga. Wróg czai się wszędzie i nawet w Bogu winnej restauracji może próbować Cię zabić. Powinieneś mnie wyczuć - odparł jedynie wypranym z emocji głosem, splatając palce na blacie stolika i spoglądając na nie bez zainteresowania. - A nawiasem mówiąc, restauracja to kiepskie miejsce na działania zagrażające ludzkości. Choć i to pewnie zależy od upodobań. Smacznej szarlotki.
Uniósł z trudem bladoniebieskie tęczówki na swego rozmówcę, ściśle powstrzymując swoje myśli przed zejściem na nieodpowiedni tor. Przeszłość nie była istotna, liczyło się tu i teraz; tu i teraz, gdzie musiał zachować samokontrolę za wszelką cenę. Przełknął nerwowo ślinę. Nie myśl, Ariel. Po prostu nie myśl.
- Co Cię tu sprowadza? Czekałeś na kogoś  - Kątem oka zerknął na lokal w taki sposób, jakby chciał przeliczyć ilość klienteli, zatrzymując się na każdej jednostce wzrokiem. Zauważył znanych sobie kelnerów i już chciał do nich podejść, gdy przypomniał sobie, że nie jest Simonem.
W chwili obecnej, sam Bóg nie wiedział, w jak wielkim stopniu wolałby nim być.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Piekielny Książe
avatar

Posts : 27
Join date : 01/05/2015

PisanieTemat: Re: Restauracja "Holyfood"   Pią Lip 03, 2015 2:31 am

Nie pamiętał. Dawniej zajadle, niczym wściekły pies, szukał swoich wspomnień po całym świecie, robił absolutnie wszystko, byleby je odnaleźć. Pozwalał obcym grzebać w swojej głowie, by je odnaleźli w odmętach pamięci, ale to niczego nie dawało. Przepadły. To było jak reset mózgu, obudził się w Piekle i nie miał niczego, jedynie swoje imię. Miał bardzo dużo czasu, aby pogodzić się z tym faktem, lecz i tak myśl, że jest niepełny, nie pozwalała mu w pełni być sobą, czuć się tak, jak powinien. Wiedział wprawdzie, że jego bracia boleśnie przeżyli rozłąkę z Niebem i Bogiem, ale jemu nie dano szansy wyboru. Nie mógł pamiętać o dawnym życiu, więc naturalnie pożądał choćby odrobiny informacji o nim. Jaka szkoda, że aniołowie nie chcieli za bardzo mieć do czynienia z dawnymi braćmi, a Upadli zwyczajnie nie lubili o tym mówić.
Widział tę pustkę, lecz wziął ją za coś kompletnie innego. Może namiastkę żalu i poczucia straty, która odezwała się w Ariaelu, gdy zobaczył dawnego kompana. Skąd on, Belzebub, miałby o tym wiedzieć? Lecz to prychnięcie potraktował dokładnie tak, jakby – no właśnie – znaczyło pogardę i nic więcej. Wydął lekko usta i minimalnie zmarszczył brwi, lecz nie skomentował tego w żaden sposób. Bo i po co? Nie szukał tutaj zwady, nigdy zresztą do żadnych nie dążył, nawet gdy zwyczajnie z kogoś kpił.
Czekał, aż anioł coś powie, a sam sięgnął po filiżankę, by upić nieduży łyk. Smaczna kawa. Zapewne gdyby nie przyglądał się teraz Arielowi, mógłby skupić się na jej upajającym smaku. Lubił przyglądać się swoim rozmówcom i to właśnie im w całości poświęcać swoją uwagę. Cóż poradzić?
- Hm... a nie i jedno, i drugie? –
podsunął, a w myślach sam siebie zganił, że faktycznie nie uważał. Jak łatwo byłoby teraz się go pozbyć! Kompletnie się wyłączył na otoczenie, tak był zajęty rozglądaniem się za Simonem, że nie zauważył całego świata. – Powinienem – przytaknął i skinął głowę. – Ale, z drugiej strony, może wyczułem? Może to zabawa, gra, może pułapka? – zniżył głos do konspiracyjnego szeptu. – Może jestem tylko przynętą, miałem udawać nieuwagę, a prawdziwy wróg czai się zaraz za twoimi plecami? – pochylił się do przodu i mówił to wszystko z takim przekonaniem, taką niegasnącą pasją w głosie, jakby to wszystko musiało być prawdą! Aż oczy mu zabłysnęły. – Kawy? – uśmiechnął się szeroko i wyprostował gwałtownie, porzucając konspiracyjny szept.
Może to i lepiej, że Simona jednak nie było? Wówczas spotkanie z Ariaelem stałoby się zwyczajnie niefortunne i demon, chcąc czy nie chcąc, musiałby się jego towarzystwa zwyczajnie pozbyć. Nie, żeby miał na nie wybitną ochotę – bo, mimo wszystko, nieszczególnie – lecz w ostateczności i on mógł nadawać się do zwykłego zabijania czasu.
- Czekałem na ciebie – oznajmił spokojnie, jak gdyby nigdy i nic. I pewnie. Jego słowa nie mogły nie być prawdą, przecież użył takiej powagi, takiego spokoju! Nawet nie uśmiechał się przy tym z rozbawieniem, nie pozwolił swojemu ciału na niesubordynację nawet w postaci podejrzanych błysków w oczach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ariael
Archanioł
avatar

Posts : 22
Join date : 01/05/2015

PisanieTemat: Re: Restauracja "Holyfood"   Sob Lip 04, 2015 12:31 am

Opierając się na własnym doświadczeniu, Ariael obiektywnie, acz nie bez goryczy stwierdził, że amnezja stanowiła świetny początek nowego życia. Bez poczucia winy i straty, bólu oraz tęsknoty warunkujących cały Twój późniejszy los, dostosowanie się do nowego środowiska i przyjęcie nowych zasad moralnych było znacznie prostsze. Kto wie - pewnie gdyby mógł wybrać, sam pozbyłby się z głowy wszystkich tych nieznośnych wspomnień. W nowym świecie wykreowanym przez tamte odległe, ale jakże żywe w pamięci zdarzenia, nie było miejsca na ckliwość i słabość. Musiał żyć ze swoim brzmieniem; przyjąć postawę obojętności i znieczulenia, nawet jeśli oznaczało to jedynie grę pozorów. Wewnątrz nic się nie zmienił. Patrząc na mężczyznę, który był niegdyś jego nieodłącznym elementem, nie potrafił powstrzymać spektrum obrazów i dźwięków, które przewijały się w jego głowie niczym w filmie, który wyreżyserowano wyłącznie w celu uczynienia z niego łatwego łupu dla wiecznie głodnej rozpaczy.
Zacisnął wargi w wąską linię. Bez względu na okoliczności, musiał iść dalej. Bez względu na to, na ile kawałków rozpadnie się jego serce i jak wiele ciosów zada mu los, musiał pozostać nieugięty.
- Zależy od priorytetów - odparł tylko krótko, celowo unikając zrównania się z jego emanującym nonszalancją wzrokiem. W końcu i tak musiało do tego dojść, jednak wymagało to uprzedniego przygotowania i dodatkowej dawki obojętności.
Nie był w stanie odpowiedzieć na słowa mężczyzny w sposób godny jego własnej ironii, zamiast tego postawił na dosłowny przekaz, ledwo wzruszając ramionami.
- Ja bym wyczuł.- Westchnął po chwili, odwracając wzrok. - I nie, dziękuję. Sam zamówię.
Wedle swoich słów uniósł dłoń ku górze, aż pojawił się przy ich stolików jeden z kelnerów. Ariel przywołał na swoje usta kurtuazyjny, acz wymuszony uśmiech, zamawiając mrożone Caffe Latte z dodatkiem karmelu. Znał menu na wylot, razem z pracownikami. Bon voyage à la cuisine, Henry.
Kiedy do jego uszu dotarła odpowiedź Belzebuba, spojrzał na niego ze zdziwieniem. Oczywiście, jak to on, nie zrozumiał w pierwszej chwili tego dość oczywistego żartu. Czyżbym się pomylił..? Patrzył na ciemnowłosego badawczo, jakby chciał sprawdzić, czy mimo swoich wcześniejszych przypuszczeń nie pojawił się w jego oczach cień wspomnień i zrozumienia. Czekało go jednak kolejne rozczarowanie, gdyż Belzebub grał jedynie na jego nerwach. Przez chwilę jego twarz nie wyrażała niczego, lecz lada moment na lekko różowych ustach zawitał blady uśmiech. Ledwie uniesienie warg.
- Nic się nie zmieniłeś - skwitował, po czym skinął kelnerowi na znak podziękowania za właśnie otrzymane zamówienie. Ujął delikatnie wysoką szklankę, przyglądając jej się z zainteresowaniem. Dokładnie taka, jaką sam przewidział przy tworzeniu restauracji; taka, jaką uwielbiał. - Tak czy inaczej, jaki był powód Twojego przybycia tutaj? Nie widziałem dotychczas, by wysokiego statusu demon obrał ludzkie miejsce na spotkania służbowe, ale być może piekło ogarnął jakiś nowy trend. Chyba że to powód osobisty - wówczas możesz oszczędzić odpowiedzi, nie interesuje mnie.
Upił ostrożnie niewielki łyk, pozwalając sobie na chwilę rozsmakowania w napoju.
Kłamiesz, Arielu. Tak naprawdę cholernie chciałbyś wiedzieć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Belzebub
Piekielny Książe
avatar

Posts : 27
Join date : 01/05/2015

PisanieTemat: Re: Restauracja "Holyfood"   Sob Lip 04, 2015 1:02 am

Zapewne każdy chciałby pozbyć się wspomnień i w ten sposób ułatwić sobie życie. To była niczym wygrana na loterii, nowy start bez zbędnego bagażu dawnych doświadczeń. Tak mógł myśleć każdy, ba, zapewne tak myślał, ale nie Belzebub. Nie brak mu było goryczy, żałował faktów, których nigdy nie miał poznać. Czy raczej przypomnieć sobie. Gdy obudził się w Piekle nie miał niczego, czuł przytłaczający ból, żal, stał pośród swoich braci, lecz był wśród nich obcy. Tak jak oni patrzył gdzieś w górę, po jego twarzy również płynęły gorzkie łzy, których nawet nie rozumiał. Zwyczajnie był przekonany, że łatwiej byłoby cierpieć, gdyby znał przynajmniej powód. Upadli nie lubili mówić o swojej przeszłości, nie odnajdywali rozrywki w rozdrapywaniu starych dziejów. W przeciwieństwie do Władcy Much. Nie istniała rzecz, której pożądałby bardziej, niźli swoje własne wspomnienia. Ta zachcianka, ciągoty do dokładnego poznania czasów sprzed Upadku, nawet jemu samemu wydawały się idiotyczne, lecz nie wiedział, jak temu zaradzić. Dawniej szalał na ich punkcie, czuł się chory. Chwała jaśnie panu Lucyferowi, że obsesja na tym punkcie zmalała!
- Wobec tego maniery, mój drogi – rzucił to bez śladu zastanowienia, jakby tę odpowiedź miał gotową już od dawna, jeszcze zanim padło pytania. Hm, bo że niby uważne śledzenie ruchów przeciwników powinno być ważniejsze od nienagannych manier? Nigdy. Cóż, przynajmniej tak utrzymywał TEN Belzebub. TEN wystawiany na pokaz, który kręcił i łgał, który był częścią jednego i wielkiego przedstawienia, które Władca Much prezentował przed całym światem.
- To przez te perfumy, rozumiem – również westchnął niby to z ciężkim ubolewaniem i pokręcił przy tym głową.
Nigdy na dobrą sprawę nie spotkał się z Ariaelem twarzą w twarz, nigdy wcześniej nie nadarzyła się ku temu stosowana okazja. Niemniej zaczynał wątpić, aby było czego żałować. Lew Boży zdawał się być równie zimny i zadufany w sobie jak każdy inny wysoki rangą anioł czy demon. Typowe. Zapewne gdyby wpadł tutaj na podrzędnego sukkuba, ten zostałby spopielony mocą jego świętości w ułamek sekundy!
Dużo słyszał skarg na cherubina, głównie wśród pomniejszych demonów. Równie wiele plotek wpadało do jego uszu, lecz mimo iż zapisywał je w głowie, od razu wrzucał do pudełka z napisem „Co za niedorzeczność”. Belzebubowi trudno było, przykładowo, uwierzyć, by ta konkretna istota rodem z Nieba, była w stanie spółkować z kimkolwiek, zbliżyć się do kogoś cieleśnie, tak dla przyjemności – a właśnie takie bujdy najczęściej okrążały połowę Piekła i byle głupcy znajdowali w nich rozrywkę.
I padło hasło-klucz. Nic się nie zmieniłeś. Palce u lewej dłoni drgnęły mu lekko, jakby chciały zacisnąć się w pięść. Oczy przeszyły Ariela spojrzeniem niewiele mającym wspólnego z uprzejmą rozmową, chociaż zaraz uśmiechnął się promiennie.
- Trudno jest mi powiedzieć, nie mam porównania –
skwitował z obrzydliwie przesadzona słodyczą. Chociaż… może tutaj właśnie siedziała jego szansa na poznanie swojej przeszłości? Dogłębniej? Bez ogólników? – Och, no widzisz, kawa. I ty, oczywiście, jak zaznaczyłem na samym początku – ponownie pozwolił sobie na ten sam szeroki i bardzo szczery uśmiech. – Nie mam żadnych powodów, wiernie biegałem na posyłki Lucyfera i po prostu zrobiłem sobie krótką przerwę. Czy to grzech? – tym razem zrobił wielce urażoną minę, niemniej w środku był szalenie zadowolony z ostatniego retorycznego pytania. Demon pytający o grzechy. Ach, Belzebubie, ty kawalarzu, do licha! – A co sprowadza tutaj ciebie, Ariaelu, Lwie Boży, świetlisty archaniele, piękny cherubinie… dalej jakoś to leciało? Bo średnio pamiętam.
Odstawił zgrabnie filiżankę i sięgnął po łyżeczkę, by za jej pomocą nabrać odrobiny szarlotki. Chciał jej spróbować w końcu! Niemniej i tak wciąż przyglądał się swojemu rozmówcy. Dawny przyjaciel... zabawne. Teraz nie wyglądali jak przyjaciele, nawet przyjacielska i bardzo sztuczna postawa Belzebuba nie mogła tego zmienić. Czerń i biel, przeciwne strony barykady. Jak niby miałby wierzyć, że kiedykolwiek odnajdowali płaszczyznę porozumienia? I to jakąkolwiek!
Och, gdyby wiedział...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Restauracja "Holyfood"   

Powrót do góry Go down
 
Restauracja "Holyfood"
Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2
 Similar topics
-
» Restauracja i Jadalnia Hotelowa

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Nieśmiertelni ~ Kolebka Upadłych Aniołów ::   ::    C e n t r u m  m i a s t a-
Skocz do: